O czym tu pisać z końcem roku? Dzień coraz krótszy, a dzieje się tyle, że nie wiadomo do czego przysłowiowe pióro przyłożyć? Nie, nie będę pisał o polityce, bo nie lubię. Lubię natomiast słuchać Śniadania w Trójce w sobotę o 9.00. Zupełnie tak, jak w dzieciństwie lubiłem słuchać Matysiaków : znam bohaterów, poznaję ich po głosie, znam ich poglądy i temperamenty. Dlatego wiem, co powiedzą bez względu na temat odcinka.

Mój Dobry Znajomy twierdzi, że w dzieciństwie był rudy i dość wątłej budowy ciała. Trudno w to dzisiaj uwierzyć, patrząc na jego zażywną figurę i bujną siwą czuprynę.

Jak powszechnie wiadomo, większość   zjawisk, które nas otaczają wygląda w rzeczywistości inaczej niż nam się wydaje. Wystarczy, na przykład, skonfrontować z opinią publiczną własne wyobrażenie o sobie samym.

Dwaj polscy literaci Jerzy Andrzejewski i Czesław Miłosz, którzy nie tylko nie żyją ale coraz bardziej odchodzą w zapomnienie, opracowali przy kieliszku, jak to było niegdyś w zwyczaju, teorię ostatniej złotówki: kiedy masz w kieszeni ostatnią złotówkę (ale naprawdę ostatnią!) możesz odetchnąć z ulgą, bo właśnie wtedy wydarzy się coś, co wyciągnie cię z finansowej opresji. Użyteczność tej teorii miałem kilkakrotnie okazję sprawdzać na własnej skórze. Teoria ostatniej złotówki wychodzi jednak z użycia wraz z jej autorami. Dzisiaj miarą sukcesu i szczęścia nie jest ostatnia złotówka lecz pierwszy milion.

Kolega maj: znów księżniczka Anna spadła z konia, znów zakwitły białe bzy, przyleciała pszczółka Maja, rozpoczęły się nabożeństwa majowe, zewsząd rozbrzmiewają mądrości ludowe:

Nasze polskie media publiczne, w szczególności telewizja, od lat przypominają ladacznicę w podeszłym wieku i zużytej urodzie, która przechodzi z rąk do rąk przy każdej zmiany władzy. Sfatygowana i spustoszona po wielu przejściach, zdeformowana operacjami plastycznymi, poznaczona bliznami – po prostu brzydka. A jednak, mimo to – a może właśnie dlatego - nadal intrygująca, na swój sposób pociągająca, nadal cieszy się powodzeniem.

Wiosna przyszła tego roku wyjątkowo wcześnie. W lutym stopniały ostatnie śniegi, w marcu zazieleniły się trawniki, a w kwietniu zakwitł bez. W maju nasza 364 WDH zorganizowała trzydniowy biwak harcerski nad Bugiem koło Kamieńczyka.

Przebywając służbowo w krajach zamorskich zauważyłem ze zdziwieniem, że zrazu kojący i beztroski komfort anonimowości nader szybko ustępuje miejsca uczuciu niedosytu. Źródłem niepokoju okazuje się brak zjawisk, zachowań i opinii, z którymi mógłbym wdać się w polemikę. Bo albo wszystko mi się podoba, albo jest mi obojętne i nie budzi żadnych emocji. Zresztą nawet gdyby nie odpowiadało, to przecież nie moja sprawa, jestem tylko gościem.

Mój dobry znajomy J. jest doktorem sztuk pięknych i marszandem. Studiował historię sztuki w Warszawie, potem  jako stypendysta  spędził wiele lat we Włoszech.

Ostatnio działo się tak wiele, że nasi znajomi dopiero teraz zebrali się ponownie na podwieczorku w stałym gronie...

Byłem ostatnio u fryzjera. Siedząc na fotelu w stanie zawieszenia motorycznego, żeby nie zasnąć oddałem się rozmyślaniom. I przyszło mi do głowy, że strzyżenie jest jak marketing.

Sezon teatralny w pełni. Uczestniczy w nim cała Polska: teatromani z Wrocławia przeżywają skandal obyczajowy w Teatrze Polskim, w Krakowie protestują przeciwko prowokacjom Jana Klaty w Teatrze Starym oraz przeciw nieprzyzwoitej inscenizacji "Neomonachomachii".

Brief for Poland: Większość ludzi zna to małe miasteczko najwyżej ze słyszenia. Oprócz  kilku  tysięcy mieszkańców, ich krewnych, znajomych i sąsiadów mało kto wie, gdzie ono leży.

Była prawdziwa zima: za dnia śnieg, w nocy mróz. Pola zasypane na biało, a rzeka zamarznięta tak, że dawała się przejść na drugi brzeg. Dzięki temu, póki mróz trzymał można było wstawać o cały kwadrans później. Szkoła mieściła się po drugiej stronie rzeki. Szło się najpierw z domu wąsko przedeptaną ścieżką, potem szerzej wydeptaną przez wieś i zamiast dalej przez most, skręcało się za kościołem w dół do starej przeprawy i po lodzie na druga stronę. Szybko, bo był zakaz. Nie dlatego, że lód słaby, tylko żeby nie wpaść do wyrąbanych przez wędkarzy przerębli. Nikt do nich nie wpadał oprócz pijanych wędkarzy, więc mimo zakazu biegaliśmy do szkoły przez rzekę.

Fitness wellness & spa: Na zebraniu szef zapowiedział, że wprowadza nowy produkt: tajski masaż. Zatrudnił mieszkająca w Polsce doświadczoną masażystkę tajską. Zrobi się reklamę w radiu i w kolorowych tygodnikach, wydrukuje się ulotki , które rozdawać będą na mieście atrakcyjne hostessy, w tym sama masażystka. Masaż będzie najpierw po promocyjnej cenie a potem się cenę podniesie.

Mój Dobry Znajomy, człowiek dojrzały, doświadczony i mądry, którego opanowanie zawsze wzbudzało mój podziw i zazdrość, zwierzył mi się ostatnio, że pokłócił się z siostrą. Przedmiotem sporu nie były jednak sprawy rodzinne, lecz praworządność...

Fitness wellness & spa: Dwóch przyjaciół wybrało się w góry. Nocowali w namiocie. Rano budzi ich ryk niedźwiedzia. Zrywają się przerażeni. Jeden z nich zaczyna robić pompki i przysiady. Drugi, zdziwiony, pyta:
 - Co ty, z niedźwiedziem chcesz się ścigać?
 - Nie z niedźwiedziem. Z tobą.

Zaczęło się na tarasie, w promieniach październikowego słońca. Ledwo grzało a mimo to do czerwoności rozpaliło liście dzikiego wina. Zapowiadała się ożywiona dyskusja.

Fitness wellness & spa: Zgodzi się ze mną każdy, kto prowadził firmę, że ludźmi zarządza się równie trudno, jak finansami. A może nawet trudniej. Chociaż przecież, w gruncie rzeczy, ludzie są bardzo podobni do pieniędzy.

Z niedowierzaniem przeczytałem ostatnio, że aż 19.2% dorosłych mieszkańców Warszawy zamierza spędzić lato w mieście „podnosząc swoje kwalifikacje poprzez samodzielną naukę”.

Był kwiecień po Wielkanocy. Bug toczył wody złe, mętne, wezbrane roztopami.  Drzewa  wyglądały z bliska jak w lutym, goło. Pąki nabrzmiały, ale tylko gdzieniegdzie wypuszczały wątłe  jasnozielone listki. Dopiero ścianę lasu na przeciwległym brzegu rzeki zasnuwała delikatna,  srebrno-zielona mgła przedwiośnia.

Kiedy go poznałem kilkanaście lat temu, wrócił właśnie z Chin z walizką pełną zapalniczek. Rok wcześniej przywiózł stamtąd kilkanaście kożuchów.

Dobra Znajoma z Mokotowa kupiła niedawno starą wiejską chatkę na Podlasiu. Zaprosiła nas na podlaską zupę grzybową. Wstaliśmy w sobotę o świcie. Zabraliśmy po drodze dwie siostrzenice i dwóch bratanków. Drogą krajową nr 68 zajechaliśmy na miejsce w dwie godziny z hakiem.

Współpasażer w pierwszej klasie pociągu Pendolino z Warszawy do Gdańska – elegancki, pełen energii pan w podeszłym wieku – przekonywał mnie z zapałem przez całą drogę, dwie i pół godziny,

Dobre towarzystwo poznaje się po tym, że każde spotkanie sprawia przyjemność bez względu na częstotliwość, chociaż przyjemność bywa wprost proporcjonalna do częstotliwości.

Dość długo nie zaglądaliśmy na podwieczorek do naszych Dobrych Znajomych. Ciekawe, czy nadal spotykają się w tym samym składzie...

Mój Dobry Znajomy nabył w księgarni (na fakturę) dwie współczesne polskie powieści kryminalne, które z okazji świąt zamierzał sprezentować dwojgu swoich klientów.

Kolejna znajoma mi osoba napisała książkę. Wszyscy dzisiaj piszą książki. Aktorzy, politycy, kucharze, alkoholicy, kierowcy, szpiedzy, pacjenci i lekarze, reklamiarze, prostytutki, policjanci i złodzieje, no i wreszcie także pisarze.

Odkąd z powodu remontu zamknęli most przestałem jeździć do miasta samochodem i przesiadłem się na szybką kolej miejską. Tym razem wracałem wcześniej, jeszcze przed godziną szczytu, więc znalazłem miejsce siedzące.

Mój Przyjaciel Andrzej Z., który jest pustelnikiem świeckim – mieszka samotnie w górach i nie używa internetu, przyjaźni się tylko z tymi, z którymi mógłby walczyć pod Monte Casino.

Czasem osoba publiczna okazuje się bardzo bliska dopiero kiedy odejdzie, kiedy puste po niej krzesło wywołuje nadspodziewanie głęboki smutek i żal.

Franciszek zakochał się w Salomei nad rzeką. Wypatrzył ją wśród kąpiących się dziewczyn, bo nie wrzeszczała jak pozostałe. Wchodziła do rzeki powoli, coraz dalej od brzegu, coraz głębiej, aż w końcu zniknęła pod wodą.

Piszę w sierpniu o tym, co będzie się działo we wrześniu, chociaż nie wiem, co będzie we wrześniu, bo to w dużym stopniu zależy od mediów. Wiem jednak, czego bym chciał.

Wzięliśmy ze schroniska szczeniaka. Drobna, brązowa suczka - gładkowłosa, długonoga, skoczna, w białych krótkich skarpetkach typu stopki.

Moja Dobra Znajoma, która mieszka w podmiejskiej dzielnicy domków jednorodzinnych,  opowiadała mi ostatnio o  sklepach spożywczych w swojej okolicy: „Mamy trzy sklepy  spożywcze:

Nastały czasy płytkiej formy i miałkiej treści. Ze wstydem przyznaję, że zdarza mi się czasem do tego przyłożyć.

Na pomysł założenia chóru wpadła Żona Gospodarza. Podczas jednego z comiesięcznych podwieczorków zasugerowała, by z okazji zbliżających się jej urodzin goście, w ramach prezentu, odśpiewali Odę do radości.

Powie ktoś, że to życzenia nie do spełnienia, marzenia ściętej głowy. Może to racja. Ale kiedy najlepiej marzyć, jeśli nie na początku roku?

To nie sen ani nie czeski film. To nasza, polska jawa: urząd miejski podaje obywatela do sądu za publikację treści snu, w którym obywatel dekapituje prezydenta miasta.

Z końcem  lata wybierałem się samochodem do Janowa Podlaskiego na  czwarte urodziny  Krainy Bugu.  Zapytano mnie, czy mógłbym zabrać z Warszawy  Tadeusza Rolke, którego fotografie miały pojawić się na jednej z wystaw i na skomponowanej wespół z Chrisem Niedenthalem  słynnej diaporamie pt. Sąsiadka.

Dyktat szybkich i krótkich doznań sprawia, że nie ma czasu na refleksję ani, tym bardziej,  dokładność czy  weryfikację.

Marek przysłał mi  smsa z przypomnieniem, że zbliża się termin dorocznego spotkania dla uczczenia pamięci naszego Kapitana, z którym kiedyś ak zawzięcie żeglowaliśmy po morzach i oceanach.

Jakiś czas temu odwiedzałem znajomych w Colorado Springs. Był koniec lata. Z nieba lał się duszny żar. Pamiętam głębokie rozczarowanie, jakiego doznałem na widok centrum miasta: nijakie, nudne, prowincjonalne miasteczko.

Był już latawiec, żubr, bocian i ludowe wycinanki. Tym razem, czerwona tasiemka. Uważny (jak ja!) obserwator zauważy, że tasiemkę na białym tle wpisano w kontury Polski.

KRAINA BUGU: Miałem dziewięć  albo dziesięć lat. W każdym razie chodziłem już  do komunii. Co roku razem z młodszym bratem spędzaliśmy letnie wakacje u dziadków  na wsi pod Mielnikiem.  Tym razem  przyjechaliśmy na ferie zimowe. Śniegu napadało po pachy.  Ścielił się na polach gładko i miękko jak okiem sięgnąć i skrzył się w słońcu.  Trzymał ostry mróz.  Bug zamarzł.  Nie wolno nam było zbliżać się do rzeki, bo którejś  zimy  utopił się tam nasz wujek, kiedy był w naszym wieku. Więc chodziliśmy na sanki na górkę albo na łyżwy na stawek przy remizie. Poza tym się nudziliśmy. 

- Nawiasem mówiąc  – zagaił Gospodarz w ulubiony sposób   i powiódł spojrzeniem po zebranych –  badania wskazują, że grozi nam rewolucja.

KRAINA BUGU: Wiśnia w Krainie Bugu kwitnie wiosną równie pięknie jak owocuje latem. Żaden owoc nie oddaje smaku   lata tak, jak dojrzała,  lśniąca, jędrna, soczysta, ciemnoczerwona wiśnia.  Po zbiorach wiśni  właściwie zaczyna się jesień.

Tym razem, znowu z cyklu porównań: miejsca są jak ludzie.

Pewien przedsiębiorca z  Colorado, ojciec dorastających nastolatków, zwrócił się do redakcji lokalnego dziennika z prośbą o ponowną publikację wypowiedzi, którą przeczytał przed laty jako nastolatek i która wywarła na nim niezapomniane wrażenie.

Cieszę się zawsze, kiedy trafię w mediach na artykuł o etyce  w biznesie. Nawet w sezonie ogórkowym. Zwłaszcza, kiedy powszechnie uznawany autorytet, na przykład Profesor Blikle, udowadnia, że etyka w biznesie się opłaca.

Miesięcznik nie sprzyja okolicznościom cyklicznym, które trwają nie więcej niż jeden dzień. Dlatego zawsze spóźniam się z okolicznościowym felietonem z okazji Dnia Zmarłych, jak wolą jedni, czy Zaduszek lub Wszystkich Świętych, jak wolą drudzy.