Drukuj
Odsłony: 1384

Nie utrzymuję już kontaktu z bohaterami tej historii. Mam nadzieję, że żyją i są zdrowi. Dlatego, na wszelki wypadek, zmieniam niektóre imiona oraz szczegóły. Patryka poznałem we Wiedniu. Przyjechał na lotnisko:
wysoki, szczupły, przystojny mężczyzna w średnim wieku, o pociągłej twarzy, nieco przedwcześnie pooranej głębokimi bruzdami. Czarny jedwabny garnitur i czarna koszula dodawały mu powagi i elegancji, a długi, czarny, niedbale zarzucony  szal i gęsta, czarna chmura przyprószonych siwizną włosów  -  tajemniczości.


Największe wrażenie zrobił jednak na mnie jego samochód: biały, lśniący chromowanymi listwami  Mercedes 250C z beżową, skórzana tapicerką, drewnianymi okładzinami, białą ebonitową kierownicą.

 

Tak, pomyślałem, wchodzę w to: czarny garnitur i biały mercedes to  moja najbliższa przyszłość.   

 

W drodze Patryk opowiedział mi o sobie. Urodził się w Irlandii. Babka pochodziła z Polski, wyszła za Irlandczyka. Rodzice przenieśli się do Austrii, kiedy był dzieckiem. Studiował fotografię. Robił zdjęcia do  magazynów i agencji. Został dyrektorem kreacyjnym jednej, potem drugiej. Od kilku lat był współwłaścicielem  dużej wiedeńskiej sieciówki. Zaprosił mnie do Wiednia w ślad za propozycją, bym założył  w Warszawie biuro tej agencji.


Po powrocie do Warszawy odkupiłem Mercedesa od Teścia. Nie  białego, bo nie miał,  lecz niebieskawego, w kolorze przysłowiowych majtek teściowej. Dalej wszystko potoczyło się  niby podobnie, ale nie do końca. Zakładałem agencję w Warszawie, jeżdżąc na szkolenia „ on-the-job” do Wiednia. Przez blisko półtora roku. Nie  mogliśmy porozumieć się  na temat warunków współpracy oraz  personelu i w końcu rozstaliśmy się. Ku mojemu zaskoczeniu, w  stylu dalekim od jedwabnej elegancji. Nie porzuciłem jednak swojej wizji przyszłości. Próbowałem pozostać jej wierny jako dyrektor kreacyjny innej ważnej międzynarodowej sieciówki w Polsce. Tam zdobyłem pieniądze i sławę. Jeździłem w czarnym garniturze po całym świecie. Wymądrzałem się, jurorowałem na międzynarodowych festiwalach, zostałem  nawet przewodniczącym jury festiwalu, któremu w pierwszej edycji  przewodniczył  mój były mentor Patryk.


Natomiast Burta poznałem we Frankfurcie nad Menem. Człowiek o niepokojąco spokojnym spojrzeniu. Potrafił długo patrzeć nie mrugając powiekami. Wydawał się bardzo zasadniczy i poważny. Ale przy bliższym kontakcie ujawniał ujmujące, nieco autoironiczne poczucie humoru. Krążyły o nim legendy. Podobno był kiedyś tak wielki, że aż  się przegrzał. Spędził jakiś czas  w kukuland, w szpitalu psychiatrycznym. Korporacja nie opuściła go jednak i po powrocie do zdrowia najpierw zajmował się szkoleniami, a potem  kierował nowymi biurami agencji w krajach Europy Wschodniej. Zakolegowaliśmy się, kiedy opiekował się mną we Frankfurcie podczas wdrażania w obsługę  kluczowego klienta. Podczas kolacji w gospodzie,  gdzie Goethe  popijał jabłkowym winem ulubione  kartoflen z grine sose,  Burt opowiedział mi historię swojego życia. Zanim się rozchorował, był szefem biura naszej  agencji w  Austrii.  Prosperowali doskonale: wygrywali przetarg za przetargiem. Kosili największe marki, zdobywali największe trofea. Ale pracowali jak wariaci, dniami i nocami. Mieszkał przy tej samej ulicy, przy której mieściło się  biuro. Coraz częściej  nie chciało mu się  wracać do domu.  Spał w gabinecie. Życie towarzyskie toczyło się w gronie kolegów z agencji. Najbliżej  przyjaźnił się z dyrektorem kreacyjnym.  Jeździli na wspólne wakacje, z żonami i dziećmi.

 

Kiedyś stawali do przetargu na wielką spółkę państwową. Mieli silną konkurencję: wszystkie największe agencje w kraju i kilka z zagranicy. Stawka ogromna, wysoki prestiż i niebotyczny budżet. Nagle, na dwa dni przed prezentacją, dyrektor kreacyjny przeszedł do konkurencji razem z całą prezentacją. I wtedy Burt się załamał.


Upewniłem się: tak, ten dyrektor kreacyjny miał na imię Patryk.


Odtąd często zastanawiam się, czy u nas też tak kiedyś będzie. Jeszcze  nie było, na razie nie jest, no to może nie będzie. Może minęły już takie czasy i takie zwyczaje. A może wszystko jeszcze przed nami.    



*Felieton ukazał się w listopadzie 2009  w miesięczniku Brief w cyklu Gwoździem w mózg



Leszek Stafiej - Brief - Gwoździem w mózg