Drukuj
Odsłony: 1657

Przychodził raz do roku, w listopadzie. Odkąd tam mieszkaliśmy, czyli w zasadzie od zawsze. Regularnie, jak zegarek. Przemierzał korytarze każdego z dwunastu pięter naszego bloku - ioraz wszystkich pozostałych bloków osiedla - i pukał do każdego z dziesięciu tysięcy mieszkań. Wszyscy go znali. I prawie wszyscy wpuszczali.  Tym bardziej, że wcale nie wyglądał groźnie. Mimo ciemnobrązowego skórzanego płaszcza do ziemi, który zakrywał czarne buty na grubej gumowej podeszwie. Bo i tak był niszy niż wszyscy. Być może z powodu tej ogromnej brązowej teczki ze świńskiej skóry, z którą nigdy się nie rozstawał.  Nazywał się Pukiewicz. Czy jakoś w tym stylu. W każdym razie nazwisko miał znaczące i wyjątkowo adekwatne do wykonywanego zawodu. Był agentem ubezpieczeniowym. Odwiedzał nasze mieszkania w celu przedłużenia umowy ubezpieczeniowej. A ponieważ były to czasy prostych wyborów, bo rynkiem rządził monopol państwowy, wszyscy przedłużali.


Pukiewicz też się nie wahał. Nie zdejmując płaszcza - najwyżej go rozpinał, trzepocząc skórzanymi połami jak skrzydlaty demon; nie zdejmując czapki,  najwyżej ją przesuwał z czoła bardziej na tył głowy - wkraczał od razu do dużego pokoju. Wraz z nim powiew świńskiej skóry. Duży pokój był w każdym mieszkaniu taki sam. Wszyscy mieli podobne meble ustawione w taki sam sposób, bo inaczej się nie dało. 
 
Pukiewicz stawiał teczkę na stole, otwierał i wyciągał bloczek kwitów z oślimi rogami. Przez cały czas mówił.  Głos miał  zaskakująco niski, męski, nieco zachrypnięty. Mógł działać na panie. Mówił, że pogoda pod psem – za psami nie przepadał i vice versa - za to pani domu coraz piękniejsza,  a dzieci jak szybko rosną,  ładnie  umeblowane mieszkanko, duży telewizor, 20 cali, można mecze oglądać, a wczoraj, kto by się spodziewał, że tak naszym kota pogonią (wolał koty ale się nie rozczulał).
 
Poślinionym palcem przewracał kartki,  podkładał kalkę i bazgrolił: imię, nazwisko, adres, numer dowodu i przedłużenie na kolejny rok. Tu podpisać. Gotowe. Trwało najwyżej dwie, trzy minuty.  Pospiesznie chował pomięte  kwity i przystępował do dzieła: z szelmowskim uśmiechem zanurzał rękę w czeluściach teczki, by nagłym ruchem wyciągnąć z niej... białe damskie kozaczki! Kozaczki pani kupi? Nowe, prosto z sajuza, prawdziwa okazja. Pani rozmiar, od razu widzę, proszę przymierzyć, pasują jak ulał. Nie? Naprawdę? Rzeczywiście, chyba za wąskie w łydce? Oj, duża szkoda. Nie, nie, proszę nie szarpać, bo pani zamek urwie. Może dla siostry pani weźmie? Nie ma siostry? To dla córki. Tanio sprzedam, ostatnia para. Jednak nie?  Wpychał kozaczki do teczki, wyciągając … czapkę z bobra. Proszę, jaki bujny włos. O, a tu ogon! A może zagraniczne  perfumy? Brigitte dla pani,  Bruce Lee dla pana. Albo sok z jarzębiny. Samo zdrowie! I nawet jeśli niczego nie. Często przypominam sobie  Pukiewicza, kiedy mnie coś kusi, by proponować za dużo i za szybko. Tęsknię za nim, kiedy staję się ofiarą nieporadnego telemarketingu, topornych technik sprzedaży, podłej manipulacji, podstępnego trend settingu czy prostackiego neuromarketingu. 
 
Gdzie podziali się prawdziwi komiwojażerowie, którzy potrafili włożyć nogę w drzwi, żeby  sprzedać kilkunastotomową encyklopedię – mimo, że się jąkali? (Jednego znam.) Gdzie uwodzicielscy, mistrzowie magicznego słowa, porywającej opowieści (dziś: marketing narracyjny), legendarni sprzedawcy używanych samochodów, którzy potrafią sprzedać wszystko albo nie sprzedając niczego, mimo wszystko uwieść klienta? Dzisiejszy świat, czyli rynek (tak, wszystko jest marketingiem, Mr Peter Drucker) nie ma cierpliwości do  akwizytorów renesansu. Akwizytorom dziękujemy.
 
Dziękujemy za wybory samorządowe, w których setki przeważnie nieznanych twarzy jak Polska długa i szeroka obiecywały to samo. Dziękujemy też za mozolną promocję miast i regionów. A zwłaszcza za promocję Polski, która nader często próbuje mnie namawiać, żebym się czuł jak wyciągnięta z teczki czapka z bobra.


Leszek Stafiej - Brief - Gwoździem w mózg