Drukuj
Odsłony: 1613

Pies mówi tak: mój Pan dwa razy dziennie stawia przede mną pełną miskę. Wyprowadza mnie na spacer. Głaszcze mnie, drapie i przemawia do mnie. On jest chyba Bogiem. A kot mówi tak:  mój Pan dwa razy dziennie stawia przede mną pełną miskę. Wyprowadza mnie na spacer.  Głaszcze mnie, drapie i przemawia do mnie. Chyba jestem Bogiem.

Lubię sobie powtarzać tę przypowieść marketingową. Na rynku możesz być kim chcesz. Oczywiście,  w ramach swojego gatunku. Kiedy się jest psem, nie należy udawać kota. I vice versa. Na szczęście w ramach gatunku istnieje sporo opcji.

Jakim gatunkiem jest Polska? Odpowiedź podlega marketingowej teorii względności. Zależy dla kogo. Inaczej widzą Polskę inni, a inaczej widzi się lub chce być widziana ona sama. To, jaka  jest naprawdę znajduje się gdzieś pośrodku.

O tym, jak nas widzą, napisano wiele. Dlatego nie będę się wymądrzał. Ponieważ jestem Polakiem, nie potrafię też powiedzieć, jaka Polska jest naprawdę. Najwięcej mam do powiedzenia na temat tego, czym Polska nie jest i czym być nie chce.  Bywała papugą, Winkelriedem, panem i Chrystusem narodów. Potem nawoływano, by Polska była Polską. Była też bocianem a nawet  latawcem. Doszło do tego, że próbowała być kotem. Już nie próbuje. Jeśli nie kotem, to przecież nie psem!  W naszej kulturze psa można lubić, można go mieć, ale być psem nie uchodzi. Kimże więc? Orłem?  No dobrze. Umówmy się, że orzeł to nasza wizja. Zawsze chcieliśmy być orłem i nadal chcemy ale wychodzi nam to tylko czasami. W każdym razie nie na co dzień.  Na co dzień trzymamy się zdecydowanie bliżej ziemi. Bociek nie udźwignął naszej bogatej tożsamości, bo za cienki w nogach.  Znacznie nam bliżej do symboliki czworonogów.  Czyli  jednak Polska żubrem? No, nie! Żubrem już byliśmy. I nie łosiem ani jeleniem. Zbyt silne w nas wibruje twórcze wciąż napięcie. Może więc koniem?   Ale nie zwykłym roboczym koniem pociągowym, jakimś Łyskiem z pokładu Idy,  naszą szkapą, jakimś tam konikiem polskim  czy nawet koniem Przewalskiego. Nie źrebaczkiem, kucykiem, wałachem, stępakiem czy perszeronem, jak – nie przymierzając - niektórzy nasi sąsiedzi.  Ani nawet nie ogierem. Już prędzej dziką narowistą klaczą.  Rumakiem, mustangiem. A w najgorszym wypadku bucefałem – trochę ciężkawym narowistym koniem wierzchowym. Na przykład, jak Kasztanka. Jednak nie do końca, bo ona była raczej strachliwa i pod kloszem trzymana.

 Do rozważań sprowokował mnie film PAIZ pod tytułem But You Can Polish Investforum 2010.


Zrealizowana w konwencji thrillera Dana Browna rzecz dzieje się w pięknym barokowym kościele, w mieście portowym. Nie wiadomo jednak, czy w Polsce, bo w kościele jest za dużo cudzoziemców.  Ksiądz, który zbiera na tacę też jakiś taki nie nasz z urody, bardziej jakby z Niewolnicy Isaury, w dodatku nie ogolony. Cudzoziemcy dają na tacę same obce banknoty. Nagle do kościoła wchodzi – trochę jakby spóźniona - młoda laska. Wysiadła przed chwilą z czarnej wypasionej sportowej bryczki. Wali bezczelnie prosto przez kościół. Po drodze  rzuca na tacę gruby plik naszych stówek. Ksiądz żegna się znakiem krzyża, jakby mówił: idź precz, szatanie, i zmyka do zakrystii. Zresztą  zbierał chyba na tę tacę przed mszą, bo jest tylko w habicie bez  białej komży. A w zakrystii - niespodzianka. Może nawet cud. Ksiądz robi zaskoczoną serialową minę, bo cała zakrystia jest  zastawiona ekranami wielojęzycznych międzynarodowych serwisów informacyjnych. Ksiądz wznosi oczy do nieba i zamyka datki w szafie. But you can - zapewnia napis na ekranie. Invest In Poland – pojawia się drugi napis. A potem dużo innych napisów. Lektor dodaje z przekonaniem: Pouland. Sens of investment.

Czyli on nie może, a ty możesz. No i co z tego? Chyba jednak nie zrozumiałem tego filmu. Wiem, że chodzi o zachęcanie cudzoziemców do inwestowania w Polsce.  Ponieważ nie jestem w targecie, bo nie jestem cudzoziemcem, przesłałem spot kilku znajomym inwestorom zagranicznym. Też nie zrozumieli. Nie przytoczę opinii krytycznych, bo mam dobre serce. Wszyscy podziwiali jednak rozmach kinematograficzny.  Zapewne kosztowny. Za publiczne pieniądze. Wydane w naszym Polaków imieniu. Ale jakby za naszymi plecami.

Obrażony, wracam więc do tak bliskich patriotycznemu sercu rozważań o adekwatnym ucieleśnieniu naszej umiłowanej Ojczyzny. Nie upieram się przy koniu. Jest dużo innych, ładnych, miłych  i ciekawych zwierząt. Na przykład łasica - ssak drapieżny,  aktywny w dzień i w nocy. Wypisz-wymaluj przeciętny Polak. Gdyby nie to, że długość życia łasicy na swobodzie wynosi około 3 lata, w niewoli zaś  dożywa do 6 lat. U Polaków musiało by być odwrotnie. Może zatem wydra? Drapieżny ssak z rodziny łasicowatych przystosowany do ziemnowodnego trybu życia. Tylko to drugie słownikowe znaczenie nie za bardzo do nas pasuje: pogardliwie o kobiecie kłótliwej, przebiegłej lub ubranej wyzywająco. Wydra chyba też nie. Szukajmy dalej.

 



Leszek Stafiej - Brief - Gwoździem w mózg