Drukuj
Odsłony: 2561

Mój Dobry Znajomy, człowiek dojrzały, doświadczony i mądry, którego opanowanie zawsze wzbudzało mój podziw i zazdrość, zwierzył mi się ostatnio, że pokłócił się z siostrą. Przedmiotem sporu nie były jednak sprawy rodzinne, lecz praworządność...

Znajomy jest zdania, że życie jest nieprzewidywalne i nie da się go całkowicie skodyfikować. Zdarzenia, ich powiązania przyczynowo-skutkowe oraz działania sprawcze lub reakcje ludzi dają się przewidzieć jedynie w ograniczonym stopniu. I dlatego, nie rezygnując z prognozowania i prewencji, zamiast liczyć na to, że kiedyś nauczymy się przewidywać wszystko, zamiast utwierdzać się w błędnym przekonaniu, że prawo może działać precyzyjnie jak matematyka, należy dopuścić i pielęgnować pewien margines autonomii w interpretacji przepisów prawa. Oczywiście nie dotyczy to każdego śmiertelnika, lecz jedynie wymiaru sprawiedliwości, czyli sędziów. Sędzia bowiem nie tylko wydaje wyrok, lecz także uzasadnia go w oparciu o obowiązujące prawo oraz jego interpretację.

Siostra znajomego miała zdanie odmienne: należy dążyć do tego, by prawo było precyzyjne, bezwzględne i surowe do tego stopnia, że wyklucza jakąkolwiek indywidualną interpretację. Tylko taki stan prawny gwarantuje całkowitą bezstronność wyroków, zapobiegając uleganiu przez sędziów ludzkim słabościom – od stronniczości po korupcję.

Rozmowa odbywała się za pośrednictwem telefonii komórkowej. Ponieważ żadne z rodzeństwa nie jest prawnikiem, zgodzili się w końcu co do tego, że spierają się o wiarę w ludzi, o to, czy należy im ufać, czy też nie. I ta właśnie konstatacja okazała się zgubna dla dalszej dyskusji. Bo rozprawiając na temat prawa, trzeba trzymać się argumentów racjonalnych. Natomiast wiara z samej swojej definicji takich argumentów nie używa. I dlatego, przyznał Znajomy z ubolewaniem, górę wzięły emocje. Rozmowa przybrała gwałtowny obrót, telefony rozgrzały się do czerwoności. Najpierw, wyznał Znajomy, zamiast słuchać się nawzajem, zaperzaliśmy się i coraz częściej przerywaliśmy sobie. W końcu zaczęliśmy się obrażać. Już nie pamiętam, kto pierwszy się rozłączył. Gdybym mógł, rzuciłbym słuchawką, dodał ze wstydem. Tym bardziej, że doszedł do wniosku, że ta rozmowa wraz z kilkoma kontrowersyjnymi decyzjami politycznymi minionych tygodni, zachwiały jego wiarą w ludzi na tyle, że zaczął się zastanawiać, czy jednoznaczność wykładni prawa nie daje jednak większego poczucia bezpieczeństwa niż autonomia interpretacyjna.

Kto jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamieniem. Większość z nas nie tylko przerywa, ale i obraża, przezywa, a nawet wyzywa. Na dodatek, im bardziej intymne relacje łączą nas z interlokutorem, tym bardziej potrafimy być bezwzględni i brutalni. To zapewne dlatego zdjęto z anteny telewizyjnej nienajlepszy może, lecz pożyteczny serial dokumentalny „Wesołowska i mediatorzy”. Mediacje nie cieszą się u nas powodzeniem (w Badenii Wirtembergii rozstrzyga się w ten sposób do 60 proc., u nas zaś 0,02 – 0,05 proc. wszystkich spraw sądowych, których co roku wpływa do sądów… 15 000 000). Lubujemy się w pieniactwie, pyskówce i przerywaniu. Przehandlowaliśmy na frazesy, czcze krasomówstwo i impertynencki pi-ar kulturę sporu, którą od kilku pokoleń zaniedbujemy w domu, w szkole, w pracy, szczególnie w życiu publicznym. Jedna z norm tej kultury nakazuje, by podczas dyskusji powstrzymywać się od wyrażania lub podważania przekonań, gdyż nie wynikają one z pobudek racjonalnych, lecz duchowych i emocjonalnych. Często jednak ulegamy pokusie argumentacji emocjonalnej właśnie dlatego, że trudno ją podważyć. Dlatego zamiast irytować się, kiedy politycy przerywają sobie – a ostatnio także dziennikarzom – i skaczą sobie do gardeł, skoro już jesteśmy na nich skazani, obserwujmy ich z analitycznym dystansem, ucząc się, jak nie przerywać, nie ulegać demagogii i nie zastępować argumentów przekonaniami. Uczmy się jednak bez poczucia wdzięczności wobec nauczycieli...

Leszek Stafiej - Brief - Gwoździem w mózg