Drukuj
Odsłony: 1794

Przebywając służbowo w krajach zamorskich zauważyłem ze zdziwieniem, że zrazu kojący i beztroski komfort anonimowości nader szybko ustępuje miejsca uczuciu niedosytu. Źródłem niepokoju okazuje się brak zjawisk, zachowań i opinii, z którymi mógłbym wdać się w polemikę. Bo albo wszystko mi się podoba, albo jest mi obojętne i nie budzi żadnych emocji. Zresztą nawet gdyby nie odpowiadało, to przecież nie moja sprawa, jestem tylko gościem.

 

W sukurs spieszy mi zazwyczaj środowisko osiadłych zagranicą rodaków, którzy szydzą z ruchu prawostronnego, narzekają na tłok w metrze, kręcą nosem na kontynentalne śniadanie, nie mówiąc o pozostałych posiłkach, narzekają na brak prawdziwej polskiej kiełbasy i ogórków kiszonych, wyśmiewają sposób ścielenia łóżka oraz termofor i wczesną godzinę zamykania pubów.

Na tej dość powierzchownej podstawie dochodzę więc do wniosku, że polskie poczucie tożsamości żywi się w znacznym stopniu głębokim zbiorowym przekonaniem, że my, Polacy, nie tylko jesteśmy inni ale wiemy znacznie lepiej niż inni, co dobre i słuszne, a co głupie i złe. Przede wszystkim dla nas. Ale także dla innych.

Uczestniczyłem kiedyś na Uniwersytecie Columbia w zajęciach z rozwiązywania wyzwań twórczych. Zajęcia odbywały się w zespole złożonym z przedstawicieli różnych narodowości, wyznań kultur i ras. Jedno z ćwiczeń polegało na podejmowaniu decyzji dotyczących wspólnego przetrwania w warunkach ekstremalnie trudnych. Decyzje te były następnie poddawane ocenie przez specjalistę w dziedzinie warunków, których dotyczyło ćwiczenie. Opinie ekspertów bywały przeważnie zaskakujące i sprzeczne z powszechnym przekonaniem. Nigdy jednak nie zdarzyło się, by którykolwiek z uczestników je podważył. Kiedy przeprowadzałem to samo ćwiczenie w Polsce, nie zdarzyło się ani razu, by nikt nie kwestionował kompetencji eksperta. Bo Polak wie lepiej.

Inny przykład: we wszystkich nowych przedsięwzięciach partnerskich staram się wprowadzać procedurę znaną i sprawdzoną we współpracy z wieloma organizacjami zagranicznymi i krajowymi, która przewiduje, że każde spotkanie ma swoją agendę, po każdym spotkaniu spisuje się uzgodnienia, przydziela zadania i określa terminy, zaś każde kolejne zaczyna się od relacji z wykonania uzgodnień poprzedniego. Dając dobry przykład, sam piszę agendy i sprawozdania. Na próżno. Przy pierwszej nadarzającej się okazji, którą zazwyczaj okazuje się pierwsza sytuacja kryzysowa, pożyteczny ten zwyczaj zostaje zarzucony. Nikt nie trzyma się agendy, nikt nie słucha, wszyscy się przekrzykują, a zamiast szukać nowych rozwiązań szukają winnych. Bo Polak wie lepiej.

Mamy na to własne dowody historyczne: chrzest Polski, bitwa pod Grunwaldem, odsiecz wiedeńska, zachowanie tożsamości narodowej mimo zaborów, odzyskanie niepodległości, cud nad Wisłą, klęska wrześniowa i okupacja, bohaterskie powstanie warszawskie, komuna i obalenie komuny. Więc nie będzie nas pouczał Niemiec, który dzieci nam germanił, ani Unia Europejska, bo się nie zna, Francuzi, których nauczyliśmy używać widelca ani Amerykanie, których demokracja ledwo co wyszła z powijaków, podczas gdy nasza rozwijała się już w średniowieczu. Polak wie lepiej.  

Może to i prawda. Może Polak rzeczywiście wie lepiej. Ale warto pamiętać, że wiedza, to jeszcze nie mądrość. Mimo że lubię mieć ostatnie słowo, tym razem ustępuję miejsca Milesowi B. Kingtonowi, brytyjskiemu dziennikarzowi i kontrabasiście, który słusznie twierdzi, iż wiedza polega na tym, że pomidor należy do owoców, a mądrość na tym, by nie dodawać go do sałatki owocowej.