Już po raz dziewiąty byłem na festiwalu Golden Drum w Portoroż, Słowenia.  Czytelnikom, którzy po tym zdaniu opuszczają nasz felieton serdecznie dziękujemy. To do nich w pierwszym rzędzie odnosi się tytuł  felietonu. Słowenia to mały kraj, dla Polaka wręcz kraik: niespełna 2 mln obywateli. Ot, taka warszawka. Ale trzyma się nadzwyczaj dzielnie. Pierwsza załatwiła sobie niezależność od Jugosławii. Ma sporo bogactw naturalnych, z których potrafi się nieźle utrzymać. Słoweńcy zarabiają przeciętnie ponad dwa razy więcej niż Polacy. Są niezwykle serdeczni, gościnni i zdyscyplinowani. Na przykład, kiedy wykładowca czyta wystąpienie z kartki, którą im przedtem udostępnił, pełna sala słuchaczy posłusznie śledzi tekst wraz z prezenterem. Kiedy prezenter przewraca kartkę, cała sala robi to samo. Nie spotkałem tego zjawiska w innych znanych mi krajach.
Ten właśnie mały kraik zdołał zorganizować i utrzymać przez lat dziewięć, a za rok już dziesięć, największy i najbardziej ceniony festiwal reklamy w Europie Centralnej i Wschodniej. Międzynarodowy Festiwal Reklamowy Nowej Europy Golden Drum w Portoroż. Nowa Europa to około 400 milionów ludzi. Nic dziwnego, że do Portoroż przyjeżdżają przedstawiciele reklamy nie tylko z  Europy Centralnej i Wschodniej, lecz z całego świata.
Jeśli idzie o naszą Ojczyznę, to od lat zgłasza prace kreacyjne i przyjeżdża na Golden Drum kilka tych samych agencji.  Najpierw pojawił się warszawski Leo Burnett  , który pojawia się zazwyczaj z imponującym zestawem kilkudziesięciu zgłoszeń. Od kilku lat otrzymywał za nie zasłużenie najwyższe laury. Dzięki tej agencji Polska znalazła sobie na mapie reklamowej Nowej Europy miejsce, jakie jej  przystoi. Od pewnego czasu bywa w Portoroż Saatchi&Saatchi, też dość obficie i równie słusznie nagradzany, także   D’Arcy,  docenione szczególnie w tym roku. Niedawno obudził się McCann, Publicis i EURO RSCG. Sporadycznie bywały NOS/BBDO, DDBCP, przemknęło  Y&R. Na ogół jednak nie jest to festiwal, który w Polsce cieszy się szerokim zainteresowaniem. Raczej patrzy się nań u nas z góry.

Tymczasem prezentują się tam wszystkie największe międzynarodowe festiwale reklamowe: od Cannes przez Clio, Epikę, Cresta po AdFest, El Ojo, FIAP i LEAF - erotic ads festival z Lizbony. Od lat bywalcami festiwalu są między innymi Donald Gunn,  Michael Conrad, Bob Garfield, Walter Lurzer, Richar Mellor. Bywają tu Jacques Seguela, Trevor Beattie, Kash Sree. W jury zasiadają  Pablo Montanez, Joakim Jonason, Gerry Farrel, Ibvan Czimburov, Knut Andresen  czy Stuart Smith.
Zaraz, zaraz! A co to za faceci? Co wy mi tu, Stafiej, epatujecie jakimiś ekspatami? W Polsce czas ekspatów już dawno minął. My w Polsce mamy swój rozum. Wcale nie gorszy, a nawet znacznie lepszy od  zagranicznego. I nikt nam nie musi, nikt nam już nie będzie mówił  jak się uprawia marketing a zwłaszcza jak się robi reklamę. Sami wiemy najlepiej. Zwłaszcza w Warszawie.
 A festiwale?  Przecież mamy już cztery czy pięc festiwali reklamowych: Kreatura, Złote Orły, Crackfilm, Idea, EFFIE. Co najmniej o jeden za dużo. Taki Crackfilm trwa dłużej niż  Portoroż, bo już dwanaście lat, i proszę, co się z nim stało: zszedł całkiem na psy.  A kiedyś miał nawet w nazwie przymiotnik ‘międzynarodowy’ . Na naszych festiwalach nie chodzi się na prezentacje i odczyty, tylko odbiera się nagrody. A już w szczególności nie wykładają tam  ekspaci, bo po pierwsze, my sami wiemy już  tyle, co oni, a po drugie, i tak nikt by na nich nie przychodził, bo u nas w Polsce cudzoziemców się już nie ceni. Przejrzeliśmy ich na wylot. Wiemy, że nie są od nas lepsi. Wręcz odwrotnie: przez tych kilkanaście  lat wolnego rynku przekonaliśmy się, że to my jesteśmy lepsi.

I być może dlatego wymienione wyżej nazwiska najwybitniejszych na świecie przedstawicieli środowiska reklamowego są znane w Polsce tylko nielicznym. Mam wiele powodów, by przypuszczać, że gdyby pojawiły się w programie któregoś z rodzimych festiwali nie wywołałyby ożywienia, na jakie zasługują. Jestem prawie pewien, że sale świeciłyby żenującymi pustkami. Tu warto dodać, że dzieje się tak również dlatego, iż  media branżowe jeśli jeszcze nie są, to przynajmniej starają się, nie tylko w okresach branżowego załamania, być bardziej odbiciem nastrojów i sympatii  środowiska niż je kształtować. W związku z tym  trzymają się na ogół zasady, że czytelnikowi lepiej podawać to, co zna i lubi niż to, czego nie zna i może nie polubić. Obcymi nazwiskami w branży się raczej nie epatuje. Cóż mogą obchodzić polskiego czytelnika dokonania Joakima Jonasona, Fred&Farid, Terry’go Gilliam, Knuta Andresena?  Mamy  swoje sprawy, swoje kłopoty i swoje własne ambicje, którymi nie będziemy  konkurowali z jakimiś ekspatami. Najwyżej mogą nam przysłać trochę kasy w formie dopłaty do rolnictwa. To przecież oczywiste, że Unia Europejska  bardziej potrzebuje nas , niż my Unii.

Bo Polak, z Unią czy bez,  sam da sobie radę.  Jaka to rada i co z nią potem Polak  zrobi, to już inna sprawa, na inny felieton.

Leszek Stafiej - Brief - Gwoździem w mózg