Drukuj
Odsłony: 1066

Jeszcze niedawno na Superexpresie psy wieszano, że prymitywny tabloid. Dziś, na tle nowej konkurencji,  to zaskakująco ambitny dziennik dla wyrobionych i wymagających czytelników. Tymczasem prezes wydawnictwa nowej gazety codziennej Fakt  - którą nieżyczliwi podejrzewają o celowe kokietowanie młodzieży brzmieniem tytułu łudząco zbieżnym z najpopularniejszym u nas przekleństwem angielskim – twierdzi, że wcale nie jest zamiarem nowego tytułu  odbierać czytelników Superexpresowi ani, tym bardziej, Gazecie wyborczej czy  Rzeczpospolitej.  Mimo, że na oko komercyjna, nowa gazeta zamierza walczyć z analfabetyzmem. Ma  bowiem zamiar zachęcać do czytania dziennika Fakt tych, którzy żadnych gazet dotąd nie czytali. W ten sposób, zdaniem prezesa,  nastąpi zwiększenie rynku czytelniczego, co jest przecież korzystne dla wszystkich wydawców i reklamodawców. Na tę szlachetną, filantropijną  misję wydawnictwo ma przeznaczyć do końca przyszłego roku 15 mln €.  Z budżetem tej miary z pewnością łatwiej być idealistą. Potwierdza się  tym samym prawda, że filantropia to tyle samo odruch serca co złoty interes. Podobno czytelnictwo rzeczywiście rośnie. Nie tak, jak  ja bym chciał, ale  moje gusta liczą się tylko o tyle, o ile mogę nie czytać tego, czego nie lubię. Teoretycznie mamy przecież wolny rynek  mediów. Wprawdzie, jak się okazuje,  ktoś tam przy nim wciąż majdruje – raz rząd, raz Krajowa Rada,  innym znów razem jakieś grupy trzymające władzę  – ale tak czy owak do cenzury obyczajowej powrotu nie ma. Wartości muszą więc  bronić się same. Czytelnictwo niech sobie rośnie  w jaką chce stronę.  A ci, którym nie jest wszystko jedno mogą zgodnie z prawem wybrać sobie inną gazetę.


Życia skodyfikować się nie da. Im dalej w las, tym więcej drzew: im więcej wolności, tym więcej paragrafów. Adam Michnik, któremu nie jest wszystko jedno,  koleguje się z Generałami  Jaruzelskim i Kiszczakiem. Jest na ty  z premierem Leszkiem i prezydentem Olkiem. Może nawet   żoną Prezydenta,  Jolantą Kwaśniewską. Prawo tego nie zabrania. Koleguje się też z dziennikarzami różnych opcji, między innymi z Jerzym Urbanem. Z Aleksandrą Jakubowską się nie koleguje, a wkązdym razie ona z nim nie, ale może dawać jej rady dotyczące jej dalszej kariery zawodowej, bo prawo tego nie zabrania. Nie koleguje się za to chyba  z  Redaktor Kolendą–Zaleską z radia TokFM. Tymczasem, czy nam się to podoba czy nie, i – co gorsza – bez względu na to, czy to rozumiemy i  zaakceptujemy, podczas przeprowadzonego przez nią sławetnego wywiadu, Adam  Michnik wzbudził się występując w obronie swego prawa do poszanowania prawa. Michnik zakłada, że skoro informacja – na przykład dziennikarskie źródło  -  może z mocy prawa być niejawna i jako taka zostaje przedstawiona  prokuraturze, czyli  organowi państwowej władzy wykonawczej, to  zarówno ujawnienie tej informacji  jak i publiczne z niej korzystanie jest bezprawiem i przestępstwem przeciw  środowisku. Przestępstwo to godzi zarówno w swobody obywatelskie i dziennikarskie jak i w prawo do swobodnej  wypowiedzi obywatelskiej.
Michnik z pewnością nie ma wyłączności na prawość i moralność. Ale  większość dziennikarzy i tak nie potrzebuje dzisiaj arbitrów i autorytetów. A już z pewnością nie Adama Michnika. Tam zaś, gdzie nawet elita opiniotwórcza , jaką są dziennikarze, nie rozumie ani nie szanuje prawa, nie mówiąc już o raz po raz zarzucanej dziennikarzom przekupności, trudno  dziwić się, że ogół szarych obywateli prawa nie  szanuje. Z drugiej strony, tam, gdzie wydaje się akty prawne, których właściwe organa  nie egzekwują – jak np. spożywanie alkoholu na ulicy, lub prawa na jedną kadencję – jak zakazy reklamy alkoholu  – tam prawo traci wiarygodność i szacunek.

Mój postępowy sąsiad z dolnośląskich gór Stefan wybudował sobie dom z pokojami gościnnymi i zainwestował w ogrzewanie olejowe. Wkrótce olej opałowy obłożono 22% podatkiem VAT. Więc postępowy Stefan sprowadził  sobie z Niemiec baterię słoneczną. Ponieważ jest człowiekiem prawym, nie przywiózł jej po kryjomu, w częściach, tylko oficjalnie, w komplecie, zgłaszając na cle. Celnicy przez ponad dwa miesiące nie wydawali mu zezwolenia na instalację baterii słonecznej, bo nie mieli stosownych przepisów. Sprawa oparła się aż o Warszawę. Jesienne chłody nadeszły  szybciej niż decyzja z Warszawy. Waldek ma małe dzieci więc zainstalował sobie baterię zanim uzyskał pozwolenie. I już nie czuje się jest człowiekiem prawym. Mówi, ze nasze prawo jest jak gówno: na co dzień się je obchodzi, a kiedy w nie wdepnąć, to śmierdzi.


Leszek Stafiej - Brief - Gwoździem w mózg