Była od niego starsza o trzy  lata. Taka różnica wieku może nie mieć znaczenia  po trzydziestce albo siedemdziesiątce. Ale kiedy się ma lat dziesięć, to ma. Zwłaszcza jeśli  wokół córki leśniczego kręcą się jej rówieśnicy a nawet starsi kuzyni. 

Była prawdziwa zima: za dnia śnieg, w nocy mróz. Pola zasypane na biało, a rzeka zamarznięta tak, że dawała się przejść na drugi brzeg. Dzięki temu, póki mróz trzymał można było wstawać o cały kwadrans później. Szkoła mieściła się po drugiej stronie rzeki. Szło się najpierw z domu wąsko przedeptaną ścieżką, potem szerzej wydeptaną przez wieś i zamiast dalej przez most, skręcało się za kościołem w dół do starej przeprawy i po lodzie na druga stronę. Szybko, bo był zakaz. Nie dlatego, że lód słaby, tylko żeby nie wpaść do wyrąbanych przez wędkarzy przerębli. Nikt do nich nie wpadał oprócz pijanych wędkarzy, więc mimo zakazu biegaliśmy do szkoły przez rzekę.

Wioska, jakich na wschodzie wiele: mała, cicha i  spokojna. Kilkanascie gospodarstw,  sklep wielobranżowy i tyle.  Na górce  gościniec. Z przystanku przy młynie trzy autobusy: o szóstej rano,  w południe i o szóstej wieczorem.