Minęła połowa grudnia a zamiast śniegu od rana padał deszcz. Pustelnik Józio z chatki przy kapliczce wyszedł z lasu z powodu bólu jednego z dwóch ostatnich zębów, przedwojennych, jak je nazywał.

Dom stał na skraju lasu. Właściwie na skraju leśnej polany, która przechodziła w łąkę łagodnie zsuwając się ku brzegowi rzeki. Wyjechali z Warszawy w piątek po pracy, po dwóch godzinach jazdy, zostawiając słońce za plecami skręcili w piaszczystą leśną drogę, która  zaprowadziła ich na zarośnięte podwórze. Wysiadali powoli, prostując nogi i przeciągając się po podróży: dwaj bracia, Starszy i Młodszy i Ojciec.

Kiedy wprowadziliśmy się nareszcie do pierwszego nowego mieszkania nie posiadaliśmy się z radości. Osiedle zbudowano na skraju miasta. Z naszego okna na piątym pietrze, rozpościerał się widok na zielone uprawy kapusty. W dali połyskiwała w zachodzącym słońcu strzelista wieża wiejskiego kościoła. 

Była od niego starsza o trzy  lata. Taka różnica wieku może nie mieć znaczenia  po trzydziestce albo siedemdziesiątce. Ale kiedy się ma lat dziesięć, to ma. Zwłaszcza jeśli  wokół córki leśniczego kręcą się jej rówieśnicy a nawet starsi kuzyni. 

Prześladowała go od dnia, w którym po raz pierwszy zobaczył ją nad rzeką. Tuż przed zachodem słońca szli z chłopakami się kąpać, kiedy na drugim brzegu zobaczyli dziewczyny z tamtej wioski. 

Wioska, jakich na wschodzie wiele: mała, cicha i  spokojna. Kilkanascie gospodarstw,  sklep wielobranżowy i tyle.  Na górce  gościniec. Z przystanku przy młynie trzy autobusy: o szóstej rano,  w południe i o szóstej wieczorem.

Zgadali się przy piwie, że Michał pochodzi z Siemiatycz, a Romek z wioski po drugiej stronie Bugu. Romek studiował i miał łóżko na prywatnej kwaterze, wynajmowanej na spółkę z chłopakami z Podlasia, którzy albo też studiowali albo bali się przyznać rodzicom, że skreślono ich z listy.  

Była prawdziwa zima: za dnia śnieg, w nocy mróz. Pola zasypane na biało, a rzeka zamarznięta tak, że dawała się przejść na drugi brzeg. Dzięki temu, póki mróz trzymał można było wstawać o cały kwadrans później. Szkoła mieściła się po drugiej stronie rzeki. Szło się najpierw z domu wąsko przedeptaną ścieżką, potem szerzej wydeptaną przez wieś i zamiast dalej przez most, skręcało się za kościołem w dół do starej przeprawy i po lodzie na druga stronę. Szybko, bo był zakaz. Nie dlatego, że lód słaby, tylko żeby nie wpaść do wyrąbanych przez wędkarzy przerębli. Nikt do nich nie wpadał oprócz pijanych wędkarzy, więc mimo zakazu biegaliśmy do szkoły przez rzekę.

- Maryś! – krzyknęła Babka, kiedy jeszcze nie była moją Babką, do mojej Ciotki, która jeszcze nie była moją Ciotką. Stała na progu, odgarniając na bok płachtę chroniącą dom przed muchami i wołała w głąb podwórza: - Leć w pole na górkę po Tatę. Stach znowu łeb w maselnicę włożył.

Franciszek zakochał się w Salomei nad rzeką. Wypatrzył ją wśród kąpiących się dziewczyn, bo nie wrzeszczała jak pozostałe. Wchodziła do rzeki powoli, coraz dalej od brzegu, coraz głębiej, aż w końcu zniknęła pod wodą.

Rozklejono plakaty: „Naszym gościem będzie dr Andrzej Kruszewicz ornitolog, podróżnik, założyciel i szef Azylu dla Ptaków w warszawskim zoo, dyrektor warszawskiego zoo...Zapraszamy.„

Z końcem  lata wybierałem się samochodem do Janowa Podlaskiego na  czwarte urodziny  Krainy Bugu.  Zapytano mnie, czy mógłbym zabrać z Warszawy  Tadeusza Rolke, którego fotografie miały pojawić się na jednej z wystaw i na skomponowanej wespół z Chrisem Niedenthalem  słynnej diaporamie pt. Sąsiadka.

Tego wieczoru siedzieliśmy przy kominku w pewnym dworku myśliwskim nad Bugiem,  gawędząc w męskim towarzystwie wśród rozwieszonych na ścianach jelenich poroży i wypchanych knurów. Napełniwszy kieliszki, Gospodarz opowiedział taką oto historię: 

Był kwiecień po Wielkanocy. Bug toczył wody złe, mętne, wezbrane roztopami.  Drzewa  wyglądały z bliska jak w lutym, goło. Pąki nabrzmiały, ale tylko gdzieniegdzie wypuszczały wątłe  jasnozielone listki. Dopiero ścianę lasu na przeciwległym brzegu rzeki zasnuwała delikatna,  srebrno-zielona mgła przedwiośnia.

To było jeszcze na starym mieszkaniu przy Nowotki, dawniej Nalewki,  nad Barem Gdańskim. Mógł mieć  wtedy jakieś osiem, dziewięć lat. Nowe bloki wzniesiono z cegieł odzyskanych z ruin getta. Włóczyli się z kolegami wśród tych ruin po lekcjach, zwłaszcza pod Pomnikiem Bohaterów Getta, bo za głośny okrzyk „czułingamplis” - w czym był dobry, bo uczył się angielskiego - dostawało się od zagranicznych turystów gumę do żucia. Naprzeciw pomnika, tam gdzie dziś stoi Muzeum Żydów Polskich,  stał okaleczony fronton dawnych Koszar Wołyńskich. Od tyłu przylegało do koszar więzienie Gęsiówka.

Dobra Znajoma z Mokotowa kupiła niedawno starą wiejską chatkę na Podlasiu. Zaprosiła nas na podlaską zupę grzybową. Wstaliśmy w sobotę o świcie. Zabraliśmy po drodze dwie siostrzenice i dwóch bratanków. Drogą krajową nr 68 zajechaliśmy na miejsce w dwie godziny z hakiem.

Napisała do nas z Colorado rodzina żony: "Chcemy przyjechać w kwietniu, żeby odwiedzić ziemię przodków." Załączyli rodzinne zdjęcie z legendą. Dorodni, uśmiechnięci od ucha do ucha, jak to Amerykanie: kuzyn żony Gerald, nawet do niej trochę podobny, gdyby nie to, że dwumetrowy, pulchna, śniada Mary i czwórka dzieci. I nagle, ku naszemu przerażeniu, był kwiecień, a oni stali pod drzwiami jak wycięci z tego zdjęcia. 

KRAINA BUGU: Miałem dziewięć  albo dziesięć lat. W każdym razie chodziłem już  do komunii. Co roku razem z młodszym bratem spędzaliśmy letnie wakacje u dziadków  na wsi pod Mielnikiem.  Tym razem  przyjechaliśmy na ferie zimowe. Śniegu napadało po pachy.  Ścielił się na polach gładko i miękko jak okiem sięgnąć i skrzył się w słońcu.  Trzymał ostry mróz.  Bug zamarzł.  Nie wolno nam było zbliżać się do rzeki, bo którejś  zimy  utopił się tam nasz wujek, kiedy był w naszym wieku. Więc chodziliśmy na sanki na górkę albo na łyżwy na stawek przy remizie. Poza tym się nudziliśmy. 

Pojawił się pod koniec lutego, przed ostatnią falą mrozów. Leżał zwinięty w kłębek na skraju zagajnika pod drzewem na kupie zeschniętych liści, jak zdrożony wędrowiec. Nie wyglądał na chorego ale miał swoje lata i  swoje przeszedł. Krótka, gęsta, brudnożółta sierść poznaczona była bliznami.  Gdy podeszło się bliżej, zwolna podnosił łeb. Spojrzenie miał harde. Nie warczał. Ogonem nie merdał.  I rzadko wstawał, by pokazać się w całej okazałości. Bo okazały nie był: mały,  krępy, na krótkich kabłąkowatych nogach, z długimi stojącymi uszami i – nie wiedzieć dlaczego - obciętym ogonem.  Mimo to wzbudzał raczej szacunek niż litość. Sąsiedzi podrzucali  mu resztki jedzenia. Pytali, czy to nasz, czy leży tam za karę. Nie, nie nasz. Przecież mamy Lutka.

KRAINA BUGU: Wiśnia w Krainie Bugu kwitnie wiosną równie pięknie jak owocuje latem. Żaden owoc nie oddaje smaku   lata tak, jak dojrzała,  lśniąca, jędrna, soczysta, ciemnoczerwona wiśnia.  Po zbiorach wiśni  właściwie zaczyna się jesień.

Jechaliśmy we dwójkę z moją kilkunastoletnią córką na spotkanie z Saszą, żeby omówić szczegóły koncertu „Wszystkie  mazurki świata”. Sasza mieszka w Kobryniu, 50 km od granicy. Kanał Dniepr-Bug łączy się tam z rzeką  Muchawiec. Saszę poznałem u przyjaciół w Lublinie. Zbierał materiały do portalu turystycznego o mieście, które ma 51 tysięcy mieszkańców, liczne związki z kresową historią Polski, drewnianą cerkiew, sobór, synagogę w ruinie i prawosławny  monastyr, gdzie mieści się obecnie komenda białoruskiej milicji.  Przekonałem Saszę,  że taki integracyjny koncert bardzo by się Kobryniowi przydał.

KRAINA BUGU: Za oknem odwilż: pryzmy brudnego śniegu, kałuże i psie kupy. Jak to w mieście. Nagle zadzwonił Bartek, że u sąsiada nad Bugiem świniobicie i czy wezmę z nim swojskich wyrobów na spółkę, jak się umawialiśmy jesienią. Pewnie, że wezmę. To muszę zaraz przyjechać. Półtusza już wypatroszona, ale rzeźnik, Białorusin, od trzech dni na nasz rachunek pije, bo bez właścicieli dzielił nie będzie. Miałem pilną robotę w mieście, z terminem przed Wielkanocą. Na świąteczny stół też jednak coś muszę mieć. Trzeba jechać. Obrócę w jeden dzień, tam i z powrotem.

W centrum  pewnego polskiego miasteczka, którego nazwy na razie nie wyjawię,  powszechnie znanego ze swych leczniczych wód, wznosi się dom zdrojowy, imponująca siedemnastowieczna budowla  zwieńczona  pięknie sklepioną kopułą. Tuż po wojnie dom zdrojowy stał na Placu Lenina, żeby było miło kurującym się tu rosyjskim oficerom. Dzisiaj stoi na Placu Mariańskim, żeby było miło królewnie niderlandzkiej szczególnie dla miasta zasłużonej.