- Maryś! – krzyknęła Babka, kiedy jeszcze nie była moją Babką, do mojej Ciotki, która jeszcze nie była moją Ciotką. Stała na progu, odgarniając na bok płachtę chroniącą dom przed muchami i wołała w głąb podwórza: - Leć w pole na górkę po Tatę. Stach znowu łeb w maselnicę włożył.

Taki miał zwyczaj, kiedy nie chciał iść do szkoły. Wsadzał głowę w konew drewnianej maselnicy. I trzeba było wołać Tatę, czyli mojego przyszłego Dziadka, żeby odbił obręcze ze stalowej bednarki i konew rozebrał. Stach praktykował ten akt protestacyjny na przemian z wciskaniem głowy między drewniane pręty oparcia giętego krzesła Thoneta. Takie krzesła były kiedyś w każdym wiejskim domu. Tylko Dziadek potrafił odgiąć drewniane pręty na tyle, żeby wyswobodzić głowę Stacha.  Operacja zajmowała dość czasu, by parę lekcji zawsze się urwało.  

Za każdy taki numer Stach dostawał od ojca „za kark” otwartą dłonią. Mimo to – a może właśnie dlatego - przechodził z klasy do klasy.  Ukończył szkołę powszechną w przewidzianym terminie.  Umiał pisać, czytać, rachować. Ale myślał, mówił a zwłaszcza robił wszystko po swojemu.

Wiele lat później byłem świadkiem, jak pewien mechanik z kółka rolniczego instalując na naszym podwórku młockarnię podparł się ręką i trafił w trawie na kurską kupę. Każdy, kto na wsi chodził boso zna to przykre uczucie.      

- Ale masz tu nasrane, Stachu – zauważył mechanik, wycierając rękę o trawę. 

A Stach mu na to czystym ośmiozgłoskowcem sylabotonicznym: 

- To ta ludzkich tu nie znajdziesz (4+4), a kurom dupów nie zatkasz (5+3).

Był moim Stryjem. Jednak jako dużo młodszemu od reszty swego rodzeństwa, bliżej miał do mojego pokolenia niż do nich. Byliśmy więc ze Stachem na ty i kochałem go jak brata. Miał powodzenie u kobiet i dlatego długo wytrwał w stanie kawalerskim. On też mnie chyba lubił, bo zabierał mnie na wiejskie zabawy swoją czerwoną jawką. Trochę się tam nudziłem, będąc za młody, żeby pić i zbyt nieśmiały wobec dziewczyn.  Ale każde poświęcenie warte było powrotu o świcie wąską ścieżką między koleinami, którą pijany Stach gnał na swojej jawce z niezrównanym mistrzostwem i niewątpliwą pomocą boską. Brał mnie też na ogniska do Pandołów - zarośniętego drzewami jaru na skraju wsi. Miejscowi chodzili tam na tak zwane kiełbaski z dziewczynami przy muzyce, papierosach i winie z czarnego bzu. Stach jako najstarszy, wodził rej, wzbudzając podziw i respekt kolegów oraz zachwyt dam. Nikt, tak jak on nie potrafił zgryźć na miał i połykać kieliszki, szklanki i żyletki. A ja przygrywałem na akordeonie. Z czasem nie tylko nauczyłem się nieźle grać, palić i pić, ale też napatrzyłem na tyle, żeby pozbyć się w końcu nieśmiałości wobec dziewczyn. 

Kiedy poszedłem na studia, widywaliśmy się rzadziej. Stach skończył kurs spawacza i jeździł na budowy do demoludów jako brygadzista. Zaprosił mnie raz do Erfurtu, wtedy w NRD. Mieszkał z grupą swojaków w hotelu robotniczym. Panowała wtedy moda na spodnie obcisłe u góry, szerokie u dołu, czyli dzwony. Nasi wkładali sobie w spodnie ogórek i chodzili po mieście szerokim, kołyszącym się krokiem zwycięzców w stylu: „Kto wygrał wojnę”. Mieli takie branie u Niemek, że „na spawanie” u Stacha ustawiały się kolejki. Szczególnym powodzeniem cieszył się wśród mundurowych: milicjantek, pielęgniarek i najbardziej ognistych strażaczek pożarnych. Wezwał mnie, bo nie był w stanie sam sprostać wyzwaniu.  Przejmowałem więc pałeczkę, pełniąc dyżury, kiedy brygada szła na budowę na nocną zmianę. Wytrzymałem w odbitym świetle Stacha niecałe dwa tygodnie, po czym urwałem się i ledwo żywy wróciłem do domu.  Stach się na mnie obraził. A ja do dziś nie przepadam za ogórkami.

Nieco ponad rok później dowiedziałem się, że się ożenił i ma dziecko. Nadal jednak jeździł spawać zagranicą. Aż w końcu na kontrakcie gdzieś na Ukrainie po tamtej stronie Bugu po mocno zapijanym wieczorku zapoznawczym i wspólnym pływaniu w rzece chłopaki dopiero rano zorientowały się, że tym razem Stach już z nimi na brzeg nie wrócił. 

 - Maryś! – krzyknęła Babka, kiedy jeszcze nie była moją Babką, do mojej Ciotki, która jeszcze nie była moją Ciotką. Stała na progu, odgarniając na bok płachtę chroniącą dom przed muchami i wołała w głąb podwórza: - Leć w pole na górkę po Tatę. Stach znowu łeb w maselnicę włożył.

Taki miał zwyczaj, kiedy nie chciał iść do szkoły. Wsadzał głowę w konew drewnianej maselnicy. I trzeba było wołać Tatę, czyli mojego przyszłego Dziadka, żeby odbił obręcze ze stalowej bednarki i konew rozebrał. Stach praktykował ten akt protestacyjny na przemian z wciskaniem głowy między drewniane pręty oparcia giętego krzesła Thoneta. Takie krzesła były kiedyś w każdym wiejskim domu. Tylko Dziadek potrafił odgiąć drewniane pręty na tyle, żeby wyswobodzić głowę Stacha.  Operacja zajmowała dość czasu, by parę lekcji zawsze się urwało.  

Za każdy taki numer Stach dostawał od ojca „za kark” otwartą dłonią. Mimo to – a może właśnie dlatego - przechodził z klasy do klasy.  Ukończył szkołę powszechną w przewidzianym terminie.  Umiał pisać, czytać, rachować. Ale myślał, mówił a zwłaszcza robił wszystko po swojemu.

Wiele lat później byłem świadkiem, jak pewien mechanik z kółka rolniczego instalując na naszym podwórku młockarnię podparł się ręką i trafił w trawie na kurską kupę. Każdy, kto na wsi chodził boso zna to przykre uczucie.      

- Ale masz tu nasrane, Stachu – zauważył mechanik, wycierając rękę o trawę. 

A Stach mu na to czystym ośmiozgłoskowcem sylabotonicznym: 

- To ta ludzkich tu nie znajdziesz (4+4), a kurom dupów nie zatkasz (5+3).

Był moim Stryjem. Jednak jako dużo młodszemu od reszty swego rodzeństwa, bliżej miał do mojego pokolenia niż do nich. Byliśmy więc ze Stachem na ty i kochałem go jak brata. Miał powodzenie u kobiet i dlatego długo wytrwał w stanie kawalerskim. On też mnie chyba lubił, bo zabierał mnie na wiejskie zabawy swoją czerwoną jawką. Trochę się tam nudziłem, będąc za młody, żeby pić i zbyt nieśmiały wobec dziewczyn.  Ale każde poświęcenie warte było powrotu o świcie wąską ścieżką między koleinami, którą pijany Stach gnał na swojej jawce z niezrównanym mistrzostwem i niewątpliwą pomocą boską. Brał mnie też na ogniska do Pandołów - zarośniętego drzewami jaru na skraju wsi. Miejscowi chodzili tam na tak zwane kiełbaski z dziewczynami przy muzyce, papierosach i winie z czarnego bzu. Stach jako najstarszy, wodził rej, wzbudzając podziw i respekt kolegów oraz zachwyt dam. Nikt, tak jak on nie potrafił zgryźć na miał i połykać kieliszki, szklanki i żyletki. A ja przygrywałem na akordeonie. Z czasem nie tylko nauczyłem się nieźle grać, palić i pić, ale też napatrzyłem na tyle, żeby pozbyć się w końcu nieśmiałości wobec dziewczyn. 

Kiedy poszedłem na studia, widywaliśmy się rzadziej. Stach skończył kurs spawacza i jeździł na budowy do demoludów jako brygadzista. Zaprosił mnie raz do Erfurtu, wtedy w NRD. Mieszkał z grupą swojaków w hotelu robotniczym. Panowała wtedy moda na spodnie obcisłe u góry, szerokie u dołu, czyli dzwony. Nasi wkładali sobie w spodnie ogórek i chodzili po mieście szerokim, kołyszącym się krokiem zwycięzców w stylu: „Kto wygrał wojnę”. Mieli takie branie u Niemek, że „na spawanie” u Stacha ustawiały się kolejki. Szczególnym powodzeniem cieszył się wśród mundurowych: milicjantek, pielęgniarek i najbardziej ognistych strażaczek pożarnych. Wezwał mnie, bo nie był w stanie sam sprostać wyzwaniu.  Przejmowałem więc pałeczkę, pełniąc dyżury, kiedy brygada szła na budowę na nocną zmianę. Wytrzymałem w odbitym świetle Stacha niecałe dwa tygodnie, po czym urwałem się i ledwo żywy wróciłem do domu.  Stach się na mnie obraził. A ja do dziś nie przepadam za ogórkami.

Nieco ponad rok później dowiedziałem się, że się ożenił i ma dziecko. Nadal jednak jeździł spawać zagranicą. Aż w końcu na kontrakcie gdzieś na Ukrainie po tamtej stronie Bugu po mocno zapijanym wieczorku zapoznawczym i wspólnym pływaniu w rzece chłopaki dopiero rano zorientowały się, że tym razem Stach już z nimi na brzeg nie wrócił. 

Kraina Bugu Jesień 2019, Leszek Stafiej

Obraz może zawierać: ocean, niebo, chmura, tekst, woda i na zewnątrz